(autentyczne doświadczenie pacjenta w trakcie leczenia opublikowane na jego profilu FB)

Przez wiele lat spoglądałem na to okienko na Facebooku „Co ci chodzi po głowie?”. Czym chcesz się podzielić.
Nigdy tak naprawdę nie podzieliłem się ani jednym przemyśleniem. Zbyt bardzo bałem się zmierzyć z prawdą.
Pozwólcie że będę prawdziwy chociaż raz. Słyszałem że depresja to tylko chwytne słowo. Że nie istnieje.
Jest tylko wyszukanym słowem na smutek.

„Masz tylko zły dzień” „Tylko zadręczasz się ciągłym przemyślaniem” „Bądź facetem, co?” „Ogarnij się” „Jesteś zbyt neurotyczny” „Jesteś zbyt wrażliwy” „Możeś pedał?”
„Jakie ty tam możesz mieć problemy. Inni to dopiero mają” Nadużywane słowo. Niedocenione.
Widziałem tak wiele ostatnich postów dotyczących pogłębiania świadomości zdrowia psychicznego. Że jest okej nie czuć się okej.
Pracowałem nawet dla firm, które chwalą się tym, że akceptują i rozumieją problem.
Ale nawet gdy „problem” wychodzi, dalej doprowadzają cię do granic twojej wytrzymałości psychicznej.

W dobie presji, nikt nie ma czasu zajmować się twoimi głupimi „problemami”. Zostajesz ze swoim problemem sam. Depresja to tabu.
Dzieje się za zamkniętymi drzwiami, kiedy nikt cię nie widzi. I wielu nie chce widzieć.
Jest niewygodna. Nie ma tam nic fajnego. Wyobraź sobie że nie ma nadziei.
Wyobraź sobie że czujesz się pusty, dziurawy, tak bardzo smutny i tak bardzo samotny, w każdej sekundzie twojego życia.
W każdej komórce twojego ciała.
Wygląda jakby twój umysł traktuje twój smutek i beznadzieję jako jedyne źródło paliwa.

Ile czasu zajęło ci dotarcie do tego zdania? To teraz pomnóż to przez nieskończoność.
Wyobraź sobie, że każde twoje wspomnienie jest wypełnione napięciem, lękiem, strachem i beznadziejnością.
Żałuje, że nie mam ani jednego wspomnienia które byłoby czyste, niewinne i radosne. Takie jakie powinno mieć każde dziecko.
Wiem przynajmniej że moje będą miały. Wyobraź sobie, że w wieku pięciu lat, stoisz w łazience i modlisz się do Boga Wszechmogącego, żeby zabrał cię już z tego świata.
Że już nie dajesz rady. Ale on cię nie wysłuchał. I wciąż tu jesteś. Wyobraź sobie, że spędzasz godziny, dni, tygodnie, lata za zamkniętymi drzwiami.

Wyobraź sobie ciągłe leżenie w łóżku przez wiele miesięcy, w mroku. Wyobraź sobie, że jedyną ludzką interakcją, jaką masz, jest 50 minut spędzone z twoim terapeutą.
Raz w tygodniu. Co znaczy, że spędzasz 99,4% czasu ze swoimi demonami.
Wyobraź sobie, że myślisz o śmierci każdego dnia.
Ale wydaje się jedyne słuszne żebyś zgnił, rozpłynął się w nicość, zamienić w pył, niż zadziałać.
Wyobraź sobie, że przychodzi moment, kiedy twoja nędza jest wszystkim o czym myślisz.
Wszystkim z czym się utożsamiasz. Wszystko czym jesteś.
Zaczynasz chronić swój stan, bronić, konserwujesz, karmisz go. Błędne koło.

Zmienia się to w twojego najgorszego wroga i w najlepszego przyjaciela. Uzależnia.
To świetna wymówka dla wszystkiego. Ciągle sabotując samego siebie.
I zaczynasz bać się że stan rzeczy może się zmienić. Broń Boże na lepsze.
Tworzysz tą maskę dla zewnętrznego świata. Próbujesz się dopasować.
Próbujesz ukryć swój smutek kłamstwami, fałszywym uśmiechem, arogancją i narcyzmem.
Jesteś młody, przystojny, inteligentny i odnosisz sukcesy. Podróżujesz po świecie. Wygląda na to, że wszystko ci się udaje, prawda?
Denerwuje to ludzi. Ludzie cię nie lubią. Ty nie lubisz tej wersji siebie.

Zachowujesz się wrogo wobec ludzi, którzy naprawdę chcą przyczynić się do twojego dobrobytu.
Boisz się że odkryją twoje słabości i jak czujesz się bezbronny. Że widzą przez twoją maskę i mogą roztrzaskać twoją duszę na kawałki.
Odrzucać i być odrzuconym jest dziwnie przyjemne. Wydaje się bardzo znajome. Projektujesz twoją przeszłość na twoich bliskich.
I oni odchodzą. Ponownie karmiąc swoje demony. I cykl zaczyna się od nowa.
Pamiętam, jak w pewien zimny, mglisty poranek, stałem na środku mostu Golden Gate w San Francisco o który nazywają mostem samobójców.
Pamiętam znak na jednym ze słupów z ostrzeżeniem że skok z mostu grozi śmiercią. A pod tym napis „Jest Nadzieja”.
Zadałem sobie pytanie, gdzie jest? Czy jestem ślepy? Widziałem tak wiele świadectw ludzi, którzy są już po drugiej stronie.
Którzy czują się wystarczająco silni, by podzielić się swoim doświadczeniem kiedy ciemne czasy już minęły.
Ludzie, którzy wydają się tacy zwyczajni, tacy przypadkowi na zewnątrz. Mało świadectw ludzi, którzy ciągle walczą.
Teraz.

Komentarz: wielki szacunek tym którzy walczą mimo braku nadziei.
Towarzyszę wielu osobom doświadczającym tych ciemnych dni i wiem, że po nocy polarnej może nadejść dzień polarny kiedy słońce nie zachodzi.

 

Piotr Domaradzki